Marian i wschody słońca

Maniek wstawał bardzo wcześnie.

I robił to, bo albo lubił wschody słońca, albo lubił jeść o tak wczesnej porze. Patrząc na niego, nie trudno się było domyślić, że bardziej to drugie.

Jeszcze jakiś czas temu buntowałem się, gdy Marian drapał w drzwi sypialni, chcąc dostać się do kuchni i zaciągnąć tam przy okazji mnie. Sam nie umiał otwierać saszetek z karmą, więc przydałby się jakiś otwieracz. Najlepszy, jakiego znał, to ja, więc tak naprawdę nie miałem wyjścia. Jeśli go ignorowałem, to i tak nie mogłem zasnąć. Marian skutecznie się o to starał. Miał parę wyszukanych sposobów, jak chyba każdy kot, który jest na głodzie.

Długo trwało, zanim dotarło do mnie, że opór nie ma sensu. Co jakiś czas, gdy z minorową miną wędrowałem do kuchni, by otworzyć kolejną saszetkę, wracały do mnie słowa Zelanda Vadima, autora Transerfingu rzeczywistości. Napisał on, że trzeba być głupcem, by walczyć z tym, co i tak już jest, co stało się faktem i na co nie mamy żadnego wpływu. Najlepsze, co możemy wtedy zrobić, to powiedzieć temu TAK i uznać, że tak właśnie miało być i jest to najlepsze, co mogło nas spotkać, choć w tej konkretnej chwili, jeszcze możemy tego nie widzieć i nie rozumieć.

Moment, w którym Marian mnie budził, był takim faktem, z którym nie warto było się spierać.

Nie spałem, a im bardziej się wkurzałem, tym mniejsze miałem szanse na ponowne szybkie uśnięcie. Rozbudzony przez nerwy i nawałnicę zbuntowanych myśli, sam strzelałem sobie w stopę.
Bunt nawet nie pasował do tego, co działo się po przyjściu do kuchni. Maniuś to wdzięczny kot i za każdym razem, gdy schylałem się, by wyłożyć karmę do jego miski, bucał mnie głową w rękę i ocierał się, dziękując za to, co dla niego robiłem. I jak tu się złościć w takich chwilach? Nawet najtwardsze serce mięknie i rozpływa się na kuchennych płytkach.

Poza tym, żadna dodatkowa godzina snu nie zastąpi tego, co chłonąłem całym sobą, patrząc przez okno. Od urodzenia mam to szczęście, że mieszkam w mieszkaniach, w których zarówno sypialnia, jak i kuchnia, mają okna wychodzące na wschód. Już jako mały chłopieć uwielbiałem te obrazy. Wystające z mgły kominy odległych domów i małych fabryk, dolina z płynącą rzeką zamieniona w jezioro mleka, nad którymi powoli budził się nowy dzień. A jego zwiastunem było wyłaniające się zza horyzontu słońce.

Maniek wiedział, że lubię wschody słońca

Marian może nie był miłośnikiem wschodów słońca, ale ja nim jestem i mam wrażenie, że on o tym doskonale wiedział.

Budząc mnie o świcie, dawał mi do zrozumienia, że w życiu liczą się takie właśnie chwile. Jeśli uda mi się je docenić, będę jeszcze bardziej szczęśliwym człowiekiem. A wiadomo: im szczęśliwszy człowiek, tym szczęśliwszy kot, z którym człowiek tym szczęściem na pewno się podzieli.

Dziś, kiedy patrzę na kolejny wschód słońca, tamte chwile wracają jak żywe. W oku zaś, kręci się łza, że już odeszły. Na szczęście zawsze, ilekroć myślę o marianie, wraz z łzą, pojawia się uśmiech. Taki sam, jaki miałem za każdym razem, gdy widziałem Mańka. Biegnącego jak mały baranek, ledwo wyrabiającego na zakręcie koło kuwety, w drodze do kuchni.

Jeśli uważasz, że warto, podaj dalej :)
  •  
  •  
  •  
  •  
  •