Cytrynowy sernik Mariana – czyli, po czym poznać oświeconego

Marian uwielbia serniki.

Nie wiem, czy wszystkie, ale cytrynowy sernik pieczony przeze mnie, na pewno.

Jakiś czas temu, konsumowaliśmy taki jeden, upieczony w jedną z niedziel. Jak się można domyślić, w odpowiednich proporcjach. Gdybym nawet zamienił talerzyki, Marian przystopowałby po drugim okruszku. Nie jadał zbyt dużo naraz. Za to bardzo często.
Posiłki to chwile, które często spędzaliśmy wspólnie – ja, Marian i moja dziewczyna. Choć wiele zależało od tego, co ja i ona jedliśmy. Marian nie we wszystkim gustował, ale lubił całkiem sporo z naszego codziennego menu. Czekał cierpliwie na kanapie, przy stoliku i tylko brakowało mu serwetki zawiniętej wokół szyi, by zacząć przygotowywać drugą porcję specjalnie dla niego.
W przeciwieństwie do niego, ja nie czekałem przy jego misce, gdy ten szedł jeść. Nie liczyłem też, że rzuci mi kila swoich ulubionych, chrupiących kawałeczków. Z resztą, nawet, gdyby to zrobił, raczej bym nie skorzystał.

Nie dziwię się, że obaj lubiliśmy cytrynowy sernik. Kto go nie lubi, zwłaszcza tak dobry, jak ten z przepisu mojej mamy. Skoro Lechowi Wałęsie smakował i wziął dokładkę, to musiał być dobry. Na całe szczęście, odziedziczyłem po mamie talent do pieczenia. Do gotowania nie do końca, choć bliscy nie narzekają, gdy staję przy kuchennych kurkach i włączając gaz, zaczynam tworzyć coś lekkiego i smacznego. Zwykle wychodzi.

Marian jedzący cytrynowy sernik, kojarzy mi się z kimś oświeconym:

skupiony, delektował się małym kawałeczkiem, jakby nic poza nim nie istniało. Po drugiej drobince, którą mu podawałem, lizaniem łapek dawał znak, że wystarczy.
Na początku naszej krótkiej znajomości, nie zwracałem na to uwagi. Owszem, wiedziałem, że to zdrowsze i dobrze wpływa na trawienie. Ale wiedza nie powędrowała do serca, a przez to, nie stała się częścią mojego życia. Odkąd jednak zwróciłem uwagę na to, ja je Maniek, dało mi to do myślenia. Czemu by nie spróbować?

Odkąd pamiętam, posiłki, jeśli tylko jest taka możliwość, jemy wspólnie z dziewczyną, oglądając nasze ulubione seriale (obecnie Elementary – współczesny Sherlock Holmes – polecam fanom sensacji, dedukcji, ciekawych wątków).
Wiadomo, jak wygląda taki posiłek. Umysł skupiony jest na tym, co dzieje się na ekranie, dłonie pełniące funkcję podajnika, a usta zgniatacza i przepychacza w kierunku przełyku. Dalej to już siła grawitacji i automatyzm. Tak naprawdę je się przy okazji. Mało świadomie, duże kęsy. Aż szkoda jedzenia, gdy pomyśli się, ile czasu trwało zrobienie kanapek, czy przepysznych racuchów z cukinii i marchewki. Kim trzeba być, aby nie poświęcić choćby kilku chwil na dostrzeżenie zapachu, smaku, konsystencji? Niby oczywiste, a jednak…

Styl jedzenia “na Mariana”

Nie mam pojęcia, o czym myślał Marian, gdy jadł swoje ulubione dania. Na pewno nie oglądał filmów (za meczami też nie przepadał). Kiedy jadł, to jadł. Nic więcej. Czasem chwilę pobawił się jedzeniem, podrzucając je i biegając po całym mieszkaniu, ale gdy w końcu uznał, że danie nadaje się do skonsumowania, siadał i w skupieniu zjadał. Uznałem, że pozostanę przy skupieniu na czynności jedzenia, gdy chodzi o wzięcie przykładu z Mańka.

Dziś nie udało mi się zjeść mojego ulubionej szarlotki świadomie. Może jutro się uda, gdy na stole wyląduje pomarańczowy sernik z dyni. Jest więc szansa, by to zmienić.

Marian był wyjątkowym kotem. Chodząca mądrość, którą miałem na wyciągnięcie ręki. I choć nie ma go już ze mną, to wciąż żyje w moim sercu i myślach, przypominając o sobie, w różnych momentach dnia.

Jeśli uważasz, że warto, podaj dalej :)
  •  
  •  
  •  
  •  
  •