Koncert przy ogrodowej lampce

Na skróty

Koncert przy ogrodowej lampce – bajka o świerszczu

Kalambury ze Ślinkiem

– Pokaż mi jeszcze raz. Proszę. To już ostatni raz i wtedy na pewno zgadnę – prosiłem Ślinka, który znów przypomniał mi, jak dobry jest w kalambury. Tym razem mieliśmy pokazywać to, co można znaleźć w naszym ogrodzie.

Chociaż niektórzy mogliby zapytać: co taki ślimak może pokazać? Przecież ani rąk nie ma, ani nóg. To ja powiem, że jednak może i to bardzo dużo. Ci, którzy tak myślą, po prostu nie znają Ślinka. On jest wyjątkowy. I jest moim przyjacielem.
Lubię go i to bardzo. On nigdy się ze mnie nie śmieje, gdy kolejny raz nie potrafię zgadnąć tego, co pokazuje, gdy bawimy się w kalambury.

No dobra, ale to ostatni raz. Jeśli nie zgadniesz, to będzie punkt dla mnie – zgodził się na spełnienie mojej prośby Ślinek i zaczął pokazywać: pochylił przed siebie czułki, na końcu których – jak każdy ślimak – i on posiada oczy. Potem zaczął się kurczyć i kurczyć i robił się coraz krótszy. Widać było, że nie sprawia mu to najmniejszej trudności. Bo niby czemu miałoby to być dla niego coś trudnego? Przecież on najzwyczajniej w świecie, chował się do swojego domku i już po chwili miałem przed oczami domek ze Ślinkiem w środku.
No i co to mogło oznaczać? Wciąż nie wiedziałem, co takiego chciał mi w ten sposób pokazać, gdy nagle… usłyszałem trochę przytłumiony głos Ślinka, dobiegający z wnętrza jego skorupy:

– Idź trochę dalej!

– Co? Powtórz, bo nie zrozumiałem – powiedziałem na tyle głośno, by Ślinek usłyszał.

– Odejdź trochę od mojego domku i popatrz na niego z daleka. A potem pomyśl, do czego jest podobny – podpowiedział mi Ślinek – choć jak wiesz, w kalamburach nie powinno się podpowiadać, ale co nie zrobi przyjaciel dla przyjaciela, prawda?

Zrobiłem więc kilka kroków w tył, potem jeszcze kilka i jeszcze, wciąż wpatrując się w domek Ślinka. W pewnej chwili przestałem dostrzegać drobne linie, które jak spirala wiły się na całej muszli i przed moimi oczami pojawiło się coś, co przypominało bardziej kamień, niż domek ślimaka.

– Wiem – powiedziałem ucieszony, jednocześnie podbiegając do Ślinka. – Wychodź i powiedz mi, czy tym razem odgadłem.

Chwilę trwało, zanim Ślinek wyszedł ze skorupy i z zaciekawioną miną, czekał, co też takiego mam mu do powiedzenia.

– To duży kamień, ten okrągły głaz, który leży przy ogrodzeniu, niedaleko bramy wjazdowej do naszego ogrodu – wypowiedziałem cały dumny z tego, że w końcu wiem, co takiego pokazywał Ślinek w kalamburach.

– Bardzo dobrze – z uśmiechem potwierdził Ślinek. – Już myślałem, że nigdy nie zgadniesz moich kalamburów, ale widzę, że się uczysz i jesteś coraz lepszy. Teraz twoja kolej. Ty pokazujesz, a ja zgaduję.

Zanim Ślinek skończył mówić – a mówił troszkę wolniej, niż ja – już miałem w głowie pomysł na swój kalambur. Oj… tym razem Ślinek naprawdę może nie zgadnąć, bo to będzie coś bardzo trudnego. Ale to tylko zabawa, więc nawet, jeśli nie zgadnie, to wiem, że się nie obrazi i dalej będziemy się przyjaźnić.
Naprężyłem przednie łapki, głowę uniosłem tak wysoko, jak tylko umiałem, grzbiet wygiąłem w kołyskę, jak wtedy, gdy się przeciągam zaraz po spaniu, tylne łapki wyciągnąłem tak daleko, jak się dało, a ogonek zniżyłem prawie do samej ziemi.
Ślinek myślał i myślał, i myślał. Ruszał czułkami raz w jedną stronę, raz drugą. Potem powoli, jak to ślimak, ruszył przed siebie, by zobaczyć, jak cała figura wygląda z boku. Znów się zatrzymał, popatrzył i już wyglądało, że zgadnie, ale on dalej myślał, i myślał i myślał. Kalambur chyba naprawdę był trudny, bo zwykle Ślinek zgadywał prawie od razu. Tym razem trwało to dużo dłużej i czułem, jak zaczynają mi cierpnąć tylne łapki, a przednie są coraz słabsze. Ale nie na tyle słabe, by przestać dalej pokazywać.
Ślinek zaszedł z mojej drugiej strony i znów się zatrzymał. Myślał i myślał, a kiedy tak przekrzywiał czułki, o mało nie wybuchnąłem śmiechem, ale się powstrzymałem. Gdybym tego nie zrobił, cały mój kalambur rozleciałby się i musiałbym pokazywać od początku.
Minę miał Ślinek nie tęgą. Widać było, że nie ma pojęcia, co to za figura, ale nie chciał się tak łatwo poddać.

Nieproszony gość

– To ogrodowa ślizgawka, na której zjeżdżają Krzyś i Ola – padła nagle odpowiedź, ale to nie Ślinek był jej autorem. To powiedział ktoś zupełnie inny. Ale kto? Przecież nikogo tu wcześniej nie było i tylko my dwaj bawiliśmy się w kalambury.
Gdy usłyszałem odpowiedź, stanąłem na czterech łapkach, opuściłem głowę, którą miałem wyciągniętą w górę, przez co nie widziałem nic, poza niebem i płynącymi nade mną chmurami i zapytałem:

– Kto odgadł mojego kalambura?

– To ja – usłyszałem cichy, piskliwy głos dobiegający z mojej prawej strony. Spojrzałem w tamtym kierunku, ale nie widziałem nic, poza trawą.

– Jaki ja? – zapytałem po chwili.

– No ja – odezwał się piskliwy głosik.

– Ale gdzie? – dopytywałem, bo wciąż nie mogłem tego ktosia zobaczyć.

– Tu, na najwyższym źdźble trawy. Tuż przed twoim nosem – usłyszałem odpowiedź.

Przyjrzałem się jeszcze lepiej i… faktycznie. Przyczepiony do trawy siedział jakiś dziwny stworek. Nigdy nie widziałem kogoś takiego.

– Kim jesteś? – tym razem odezwał się Ślinek, który podobnie jak ja, dopiero teraz dostrzegł autora dobrej odpowiedzi w naszej ulubionej zabawie.

– Jestem Raptusek i jestem świerszczem. A wy, jak się nazywacie?

– Ja jestem Afik, a to jest mój przyjaciel Ślinek – przedstawiłem uprzejmie naszą dwójkę nowemu koledze.

– Skąd się tu wziąłeś? Nigdy do tej pory cię tu nie widziałem? – zapytałem.

– Nie widziałeś, bo nigdy nie przyglądałeś się dokładnie trawie, po której każdego dnia biegasz. Ja widziałem cię wiele razy, ale tak szybko pędzisz przed siebie, że nigdy nie udało mi się z tobą porozmawiać. Czy mogę pobawić się z wami, gdy następnym razem grać będziecie w kalambury, bo nie chcę wam psuć zabawy i odpowiadać za kogoś innego. Mam nadzieję, że dzisiejszy raz mi wybaczycie i nie gniewacie się na mnie? – zapytał Raptusek.

Popatrzyłem na Ślinka, który właśnie w tej chwili uśmiechnął się tak serdecznie, że aż czułki z oczami rozhuśtały mu się na wszystkie strony. Domyśliłem się, że pomysł zabawy w trójkę, bardzo mu się spodobał, więc nie namyślając się dłużej, odpowiedziałem:

– Oczywiście, że możesz. I nie gniewamy się na ciebie. Dobrze, że się odezwałeś, bo dzięki temu mogliśmy się poznać i teraz jest nas więcej do zabawy. A wiadomo: Im nas więcej, tym lepsza zabawa. Spotykamy się tu jutro o tej samej porze i zapraszamy cię do wspólnej zabawy. Dziś już kończymy, bo robi się ciemno i troszkę zgłodnieliśmy – zgodziłem się w imieniu swoim i Ślinka, z czego bardzo ucieszył się Raptusek.

– Super. Bardzo się ciszę. W takim razie będę, a dziś ja was zapraszam na mój koncert przy ogrodowej lampce. Przyjdziecie? – zapytał świerszcz.

Znów popatrzyłem na Ślinka i również tym razem zobaczyłem ten sam uśmiech i te same rozhuśtane na boki czułki z oczami, co oczywiście mogło oznaczać tylko jedno: zgodę.

– Dobrze. Przyjdziemy – odpowiedziałem Raptuskowi, który nie krył zadowolenia i radości, że oto będzie mieć na swoim koncercie prawdziwą widownię. Taką, o której zawsze marzył.

Koncert przy ogrodowej lampce

Po kolacji wyszedłem z domu i pobiegłem wprost do ogrodowej lampki, przy której miałem się spotkać ze Ślinkiem i moim nowym kolegą – Raptuskiem. Obaj już na mnie czekali.
Usiedliśmy, a Raptusek wskoczył na duży kamień, który zastępował mu scenę. Gdy tylko zaczął grać, przypomniałem sobie, że przecież znam te dźwięki. Co wieczór je słyszę. A teraz mogę nawet oglądać samego artystę.
Raptusek grał prześlicznie. Nawet nie wiem kiedy, zamyśliłem się i w wyobraźni wróciłem do czasu, gdy mieszkałem w opuszczonym ogrodzie z moimi rodzicami i rodzeństwem. Każdego dnia, wieczorem, mama kładąc nas spać, na dobranoc śpiewała nam kołysankę. Znała ich całe mnóstwo. Z czasem nauczyłem się ich wszystkich na pamięć.
Melodia, którą wygrywał w tej chwili Raptusek, przypomniała mi jedną z nich i pomyślałem, że fajnie by było jeszcze ją kiedyś usłyszeć.
Po dłuższej chwili, mój nowy kolega przestał grać, ukłonił się pięknie, zeskoczył z kamienia i usiadł obok nas.

– Pięknie grasz, Raptusku – powiedziałem.

– Tak, to prawda – zgodził się ze mną Ślinek.

– Melodia, którą grałeś, przypomniała mi o kołysankach śpiewanych co wieczór przez moją mamę, gdy mieszkałem jeszcze w starym, opuszczonym ogrodzie z rodzicami i rodzeństwem – zwierzyłem się Ślinkowi i Raptuskowi.

– Byłem kiedyś w takim ogrodzie. Na środku stał stary, drewniany domek, ale nie mieszkali w nim żadni ludzie. Przeskakiwałem tamtędy w drodze do mojej cioci i pewnie dlatego nikogo nie zauważyłem, ale może to właśnie tam mieszka twoja rodzina – przypomniał sobie Raptusek.
Na te słowa, aż serduszko mocniej mi zabiło i łezka zakręciła się w oczkach.

– Naprawdę? A pamiętasz, gdzie to było? – pełen radości i niedowierzania, zacząłem wypytywać Raptuska.

– Tak. Przecież to po drodze do mojej cioci. Jak chcesz, możemy tam kiedyś pójść, to zobaczysz, czy to ten ogród, czy nie. Co ty na to?

– Super. Już nie mogę się doczekać – aż podskakiwałem z radości i już na samą myśl o spotkaniu z rodzicami, czułem się najszczęśliwszym kotkiem na świecie.

– Dobrze. Ale jeszcze nie teraz, bo jutro wyruszam w podróż do moich dziadków, a oni mieszkają daleko stąd. Jednak, gdy tylko wrócę, na pewno wybierzemy się do tego ogrodu. Zgoda?

– Zgoda, Raptusku. Zgoda. Bardzo się cieszę, że cię poznałem, choć na początku byłem troszkę zły, że ktoś chce nam popsuć zabawę w kalambury, gdy odpowiedziałeś za Ślinka. Ale teraz widzę, że wyszło z tego coś bardzo dobrego.

Długo nie mogłem usnąć, wciąż myśląc o tym, że już niedługo znajdę się w ogrodzie, który – kto wie – może jest tym, w którym się urodziłem i w którym wciąż mieszka moja rodzina.
Gdy tylko to sprawdzę, od razu ci o tym opowiem. W mojej kolejnej, kociej opowieści.

Koncert przy ogrodowej lampce – pobierz wersję pdf

Koncert przy ogrodowej lampce – pobierz wersję mp3

Więcej o bajce “Koncert przy ogrodowej lampce”

Bajka o świerszczu to historia o przegranej

Świerszcz Raptusek pojawił się  jako nieproszony gość i od razu zepsuł zabawę przyjaciół. Niechcący oczywiście, ale stało się. Afik nie mógł wygrać rundy kalamburów, bo zrobił to za niego Raptusek. Na szczęście nasz koci bohater należy do miłych stworzeń i zamiast się złościć, ucieszył się z poznania nowego kolegi. Wiadomo – im nas więcej, tym lepsza zabawa. Raptusek w ramach przeprosin i w celu zacieśnienia więzi, zaprosił nowych kolegów na wyjątkowy koncert. Nie obyło się bez wzruszeń i wspomnień. A jak było? Przeczytajcie sami.

Czego nauczymy się dzięki bajce o świerszczu Raptusku?

Zobaczymy, że i w przegranej może być coś dobrego. Do okazja do osobistych przemyśleń i podzielenia się nimi z naszymi dziećmi.

Dlaczego tak bardzo zależy nam na wygranej? Pomijam tu sytuacje, w których zwycięstwo wiąże się z konkretną nagrodą. Wtedy bowiem przegrana łączy się ze stratą.
Tu chodzi mi o sam fakt przegrywania i naszego stosunku do niego. Czemu tak trudno jest nam dostrzec w tym coś dobrego dla nas? 

Bajka o świerszczu “Koncert przy ogrodowej lampce” uczy dostrzegać te dobre strony. Pomaga zauważyć to, co ważniejsze w danej chwili. Zamiast się złościć, płakać, gniewać, czy obrażać, można ucieszyć się z tego, co jest – z nowych przyjaciół, radości innych, miło spędzonego czasu.

Jeśli spodobała Ci się ta bajka, sięgnij po więcej
Bajki w wersji do i

 

Przygody kota Afika - Bajki pełne dobrych myśli

 

21 bajek
Ponad 6 godzin słuchania
Pozytywne przekonania w formie rymowanek.

Wzruszają, śmieszą, uczą, zapadają w serce i umysł

Pobierz pełną wersję jednej z bajek

Kup teraz

 

Jeśli uważasz, że warto, podaj dalej :)